Wyobraź sobie, że po 17 latach pracy w luksusowych hotelach od Norwegii po Italię, decydujesz się rzucić wszystko i otworzyć restaurację w miejscu, o którym większość Twoich znajomych nigdy nie słyszała. Tak właśnie zrobił Halil Ege. Zamiast otwierać lokal w modnym warszawskim Wilanowie czy berlińskim Kreuzbergu, wybrał Kurashiki – urokliwe japońskie miasto, gdzie czas płynie wolniej.
Jego nowa restauracja Nadide, co po turecku oznacza „wyjątkowy”, to nie jest kolejny bar z kebabem, jakich wiele na polskich osiedlach. To manifest autentyczności. W świecie, gdzie według badań rynkowych z 2024 roku ponad 65% restauracji typu modern dining korzysta z mrożonych półproduktów, Halil idzie pod prąd: kupuje całe tusze jagnięce i sam zajmuje się ich rozbiorem. To sprawia, że smak mięsa jest nieporównywalny z niczym, co znajdziesz w sieciówkach.
Sekret tkwi w tkaninie i glinie
Kiedy wszedłem do środka, od razu uderzył mnie zapach domowego chleba. Halil nie wynajął firmy dekoratorskiej. Przez trzy miesiące własnoręcznie kładł tynki w opuszczonym od dekady sklepie z pościelą. Meble? Też zrobił sam. To przypomina mi trend slow business, który coraz śmiej przebija się w Polsce – odchodzimy od plastiku na rzecz rzemiosła.
Co ciekawe, naczynia miedziane, w których podawane są potrawy, Halil przywiózł prosto z bazarów we wschodniej Turcji. Ma to ogromne znaczenie dla smaku – miedź idealnie przewodzi ciepło, co w połączeniu z tradycyjnymi recepturami daje efekt, którego nie da się podrobić na teflonowej patelni.
Menu, które łamie stereotypy o kuchni śródziemnomorskiej
- Jagnięcy gulasz (Lamb Shank): duszony przez bite 3 godziny, aż mięso samo odchodzi od kości.
- Alinazik: regionalny przysmak z południowo-wschodniej Turcji, łączący grillowany bakłażan z jogurtem i aromatycznym mięsem.
- Pide: turecka „pizza” w kształcie łodzi, pieczona z ciasta wyrabianego na miejscu według rodzinnej receptury.

Raki i rucola z własnego ogródka
W dzisiejszych czasach, gdy inflacja w Polsce i na świecie zmusza restauratorów do szukania oszczędności, Ege postawił na własną uprawę. Rucola, pietruszka czy bazylia, które lądują na Twoim talerzu, pochodzą z jego prywatnej działki w Mabi. Według danych ekspertów z branży gastro-technologii (2025), model „farm-to-table” redukuje ślad węglowy o blisko 40%, ale dla gościa liczy się przede wszystkim jedno: intensywność aromatu świeżych ziół.
Być może najbardziej zaskakującym punktem jest karta trunków. Oprócz tradycyjnego piwa Efes, serwowana jest RAKI – anyżowa wódka, która po dolaniu wody staje się mlecznobiała. W Polsce rzadko spotykana w tak profesjonalnym wydaniu, w Nadide jest selekcjonowana osobiście przez szefa.
Dlaczego warto tam zajrzeć w 2025 roku?
Najciekawszym zjawiskiem, jakie zauważyłem, jest połączenie restauracji ze sklepem z rękodziełem. Obok kuchni możesz kupić autentyczną biżuterię z turkusami, ręcznie robione woreczki czy ceramikę. To genialne rozwiązanie dla tych, którzy szukają „czegoś więcej” niż tylko jedzenia.
Moja rada: Jeśli planujesz wizytę, celuj w weekendowe lunche (ruszyły od marca). Atmosfera w ciągu dnia, przy naturalnym świetle odbijającym się od miedzianych naczyń, jest wręcz magiczna.
Halil mówi otwarcie: „Chcę odwdzięczyć się mieszkańcom Kurashiki, którzy gościli mnie przez 7 lat”. To podejście widać w każdym detalu. W dobie masowej konsumpcji, takie miejsca stają się luksusem – nie ze względu na cenę, ale na serce włożone w każdy kęs.
A Wy? Czy w swojej okolicy macie taką „perełkę”, gdzie kucharz sam dba o każdy składnik od nasiona aż po talerz? Dajcie znać w komentarzach!



