Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to możliwe, że Wasz ulubiony deser mrożony zawsze smakuje tak samo, niezależnie od tego, czy kupujecie go w upalnej Andaluzji, czy w polskiej Żabce? Odpowiedź kryje się w pędzących taśmociągach, które potrafią wyczarować tysiące porcji w mgnieniu oka. Hiszpański gigant, La Menorquina, właśnie postawił wszystko na jedną kartę, inwestując astronomiczną kwotę 15 milionów euro w technologię, która ma zmienić zasady gry na europejskim rynku.
Ta inwestycja to nie tylko liczby w tabelkach Excela. To sygnał dla całej branży spożywczej, że era masowej, bezdusznej produkcji odchodzi do lamusa na rzecz „inteligentnego rzemiosła”. Nowa linia, która ruszy jeszcze przed końcem tego roku w zakładzie w Palau Solità i Plegamans, będzie w stanie produkować aż 30 000 lodów na godzinę. Co to oznacza dla przeciętnego konsumenta w Polsce? Przede wszystkim większą dostępność niszowych smaków i formatów, które do tej pory były zarezerwowane dla lokalnych kawiarni lodziarskich.
30 tysięcy powodów do radości, czyli technologia w służbie smaku
W dzisiejszych czasach samo „produkowanie więcej” już nikogo nie dziwi. Jednak to, co robi La Menorquina, to majstersztyk inżynierii. Nowa przestrzeń o powierzchni 1100 metrów kwadratowych pozwoli na tworzenie trzech różnych kategorii produktów na tej samej linii: kultowych lodów na patyku (bombones), fantazyjnych spirali oraz kanapek lodowych.
W mojej praktyce obserwatora rynku rzadko widuje się taką elastyczność. Zazwyczaj przestawienie maszyny z „kanapek” na „patyki” zajmuje godziny, a tutaj dzieje się to niemal płynnie. Zdolność produkcyjna firmy skoczy z 30 do 40 milionów sztuk rocznie. To tak, jakby każdy mieszkaniec Polski zjadł po jednym dodatkowym lodzie od tego producenta w ciągu roku.
Dlaczego lokalność wygrywa z globalizacją?
Sytuacja na polskim rynku lodów w 2024 roku pokazuje ciekawy trend: statystyczny Polak zjada około 5-6 litrów lodów rocznie, ale coraz częściej szukamy produktów z „czystą etykietą”. La Menorquina gra właśnie tą kartą. Mimo ogromnej skali, ich CEO Iván Leal podkreśla, że firma zachowuje „ducha rzemieślniczego”.
- Owoce z Andaluzji: Cytrusy i truskawki nie pochodzą z anonimowych hurtowni, ale z konkretnych hiszpańskich sadów.
- Migdały z Balearów: To one nadają charakterystyczny chrup tym słynnym lodom.
- Tradycja z loterii: Mało kto wie, że pierwsza fabryka powstała dzięki wygranej na loterii założyciela, Fernando Sintesa.
To podejście, zwane relokalizacją, staje się kluczowe. W czasach przerwanych łańcuchów dostaw, posiadanie surowców „pod ręką” to nie tylko kwestia ekologii, ale czystego bezpieczeństwa biznesowego.

Finansowy rollercoaster: Od kryzysu do 131 milionów euro
Liczby nie kłamią. W 2020 roku sprzedaż firmy spadła do 42 milionów euro – branża turystyczna, która jest głównym odbiorcą La Menorquina, dosłownie zamarła. Ale to, co wydarzyło się potem, to podręcznikowy przykład agresywnego powrotu na szczyt.
Ostatnie dane pokazują, że przychody w 2023 roku osiągnęły 131 milionów euro. Jak to zrobili? Zamiast czekać na powrót turystów, firma ruszyła na podbój świata. Obecnie eksportują lody do ponad 40 krajów, w tym do USA i Azji. W Polsce ich produkty coraz śmielej pojawiają się w sieciach handlowych, konkurując jakością z rodzimymi markami premium.
Mój mały trik: Jak rozpoznać lody wysokiej jakości?
Przy okazji tych wielkich inwestycji, warto wspomnieć o czymś, co wielu z nas pomija podczas zakupów. Eksperci z branży mrożonek często zwracają uwagę na „overrun”, czyli stopień napowietrzenia lodów.
Sprawdź wagę, nie objętość: Jeśli opakowanie 1 litra lodów waży tylko 500 gramów, oznacza to, że płacisz głównie za powietrze. Lody produkowane na nowoczesnych, ale tradycyjnych liniach (jak te w Katalonii), mają znacznie wyższą gęstość, co przekłada się na kremową teksturę, która nie znika w ustach po sekundzie.
Co czeka nas w 2026 roku?
La Menorquina nie zamierza zwalniać tempa. Ich plan zakłada dwucyfrowe wzrosty w nadchodzących latach. Dzięki nowej linii zatrudnienie znajdzie dodatkowe 150 osób, co zwiększy zespół do blisko 900 pracowników. To pokazuje, że mimo postępującej automatyzacji, czynnik ludzki i kontrola jakości „ludzkim okiem” pozostają niezastąpione.
Ale czy gigantyczne fabryki są w stanie utrzymać obiecany „rzemieślniczy smak” przy produkcji 30 tysięcy sztuk na godzinę? To wyzwanie, przed którym stoi cała współczesna branża spożywcza.
A Wy przy wyborze lodów kierujecie się znaną marką, czy raczej szukacie lokalnych produktów z tradycją? Dajcie znać w komentarzach!



