Twój smartfon rozładowuje się w najmniej odpowiednim momencie, a po dwóch latach bateria nadaje się już tylko do wymiany? To codzienność milionów Polaków. Ale co, gdybym powiedział Ci, że rozwiązanie tego problemu leży w Twojej kuchni? Chodzi o baterie sodowo-jonowe, potocznie zwane „solnymi”, które właśnie przechodzą drogę z laboratoriów do masowej produkcji.
Ostatnie testy opublikowane przez serwis PhoneArena rzucają nowe światło na tę technologię. Choć nie znajdziemy ich w nadchodzącym Samsungu Galaxy S26, to mogą one drastycznie obniżyć rachunki za prąd w naszych domach i zmienić sposób, w jaki myślimy o energii. Ale czy na pewno chcemy mieć „sól” w kieszeni?
Wytrzymałość, o której lit może tylko pomarzyć
Zacznijmy od konkretów, które robią wrażenie. Ponad 2000 cykli ładowania przy zachowaniu 80% pierwotnej pojemności – to wynik, który zostawia tradycyjne ogniwa litowe daleko w tyle. W praktyce oznacza to, że urządzenie z taką baterią mogłoby pracować bezawaryjnie przez ponad 5 lat intensywnego użytkowania.
Dlaczego więc nie mamy ich jeszcze w telefonach? Jest jeden haczyk. Gęstość energii obecnych ogniw sodowych wynosi około 90 Wh/kg. Dla porównania, flagowce, które kupujemy w polskich elektromarketach, wymagają gęstości rzędu 150-300 Wh/kg. Sód jest po prostu „cięższy” i większy od litu na poziomie cząsteczkowym.
Co to oznacza dla Ciebie? Gdybyśmy dziś włożyli baterię sodową do iPhone’a, musiałby on być dwukrotnie grubszy, aby wytrzymać tyle samo czasu na jednym ładowaniu. Ale technologia nie stoi w miejscu – badania przewidują, że do 2026 roku gęstość ta wzrośnie o co najmniej 30%.

Bezpieczeństwo i polski portfel
Warto zwrócić uwagę na aspekt ekonomiczny. Lit stał się „białym złotem”, a jego ceny na światowych rynkach potrafią gwałtownie skakać, co odczuwamy w cenach elektroniki w Polsce. Sód jest dostępny praktycznie wszędzie i jest nieporównywalnie tańszy w wydobyciu.
- Odporność na pożary: Baterie sodowe są znacznie stabilniejsze termicznie. Ryzyko samozapłonu, które znamy z głośnych afer wokół wybuchających smartfonów, jest tu bliskie zeru.
- Praca w mrozie: Jeśli kiedykolwiek Twój telefon wyłączył się na spacerze w polskie -10°C, polubisz sód. Te ogniwa radzą sobie z zimnem znacznie lepiej niż lit.
- Ekologia: Pozyskiwanie sodu nie niszczy środowiska tak drastycznie jak kopalnie litu w Ameryce Południowej.
Gdzie spotkasz „sól” najszybciej?
Mimo że Samsung czy Apple jeszcze wstrzymują się z tą technologią, magazyny energii dla domów to zupełnie inna bajka. W Polsce coraz więcej osób inwestuje w fotowoltaikę. Według danych rynkowych z 2024 roku, popyt na przydomowe magazyny energii wzrósł o kilkadziesiąt procent.
W tym przypadku waga baterii nie ma znaczenia – nikt przecież nie nosi magazynu energii w kieszeni. Tutaj liczy się cena i bezpieczeństwo. „Słoneczna energia” przechowywana w „solnych bateriach” to duet, który w najbliższych dwóch latach może stać się standardem w nowym budownictwie pod Warszawą czy Krakowem.
Sprytny trik: Jak sprawdzić stan baterii już teraz?
Zanim doczekamy się rewolucji sodowej, musimy dbać o to, co mamy. Mało kto wie, że ładowanie smartfona do 100% i rozładowywanie do zera to najszybsza droga do zniszczenia ogniwa. Złota zasada ekspertów: utrzymuj poziom naładowania między 20% a 80%. Wiele nowoczesnych telefonów ma już w ustawieniach opcję „Ochrona baterii”, która automatycznie zatrzymuje ładowanie na 80% – warto ją włączyć właśnie teraz.
Czy to koniec ery litu?
Moim zdaniem nie czeka nas nagła zmiana, a raczej podział ról. Lit pozostanie w urządzeniach „pro” i tam, gdzie liczy się każdy milimetr. Sód natomiast przejmie transport miejski, rowery elektryczne oraz nasze domy. To dobra wiadomość dla nas wszystkich – większa konkurencja na rynku surowców to zazwyczaj niższe ceny dla końcowego klienta.
A Wy? Czy bylibyście w stanie zaakceptować nieco grubszy telefon w zamian za to, że bateria będzie trzymać tak samo dobrze po 5 latach jak w dniu zakupu? Dajcie znać w komentarzach!



