Wyobraź sobie, że stoisz w kolejce, a przed Twoimi oczami kucharz w białym fartuchu z niesamowitą prędkością rozciąga płat ciasta, który po chwili zamienia się w idealnie równe nitki makaronu. Nie jesteś w Pekinie, ale przy Schillerstraße we Frankfurcie. To tutaj otworzyła się pierwsza w Niemczech filia legendarnej sieci JWD (Jinweide), która wywołała prawdziwe szaleństwo w mediach społecznościowych.
Choć lokal działa dopiero od lutego, już stał się kulinarnym punktem obowiązkowym. Co sprawia, że w dobie inflacji i kryzysu gastronomii, ludzie ustawiają się w ogonku po miskę makaronu za 12,90 euro? Odpowiedź kryje się w rzemiośle, którego nie da się zastąpić maszyną.
Sekret pięciu kolorów: Co tak naprawdę jesz?
W dzisiejszych czasach 73% konsumentów deklaruje, że autentyczność dania jest ważniejsza niż wystrój restauracji. JWD trafia w ten punkt bezbłędnie. Flagowym daniem jest zupa wołowa z Lanzhou – miasta w prowincji Gansu, uznawanego za stolicę chińskiego makaronu.
Jak zauważyłam podczas wizyty, obsługa przykłada ogromną wagę do tzw. „zasady pięciu kolorów”, która definiuje idealną miskę:
- Przezroczysty – klarowny, intensywny wywar gotowany przez wiele godzin na kościach wołowych.
- Biały – plastry świeżej rzodkwi.
- Czerwony – aromatyczny olej chili (można wybrać stopień ostrości).
- Zielony – świeża kolendra i szczypiorek.
- Żółty – ręcznie robiony makaron o idealnej sprężystości.
W Polsce moda na ramen trwa od lat, ale trend hand-pulled noodles to poziom wyżej pod względem świeżości. W JWD nie ma mowy o mrożonkach – makaron trafia do wrzątku prosto z rąk mistrza.
Fenomen darmowej dokładki
W czasach, gdy w wielu europejskich restauracjach dopłacamy za każdą małą zmianę w menu, JWD oferuje coś, co zaskakuje: darmową dokładkę makaronu. Według pracowników, rekordziści potrafią zamówić dwie dodatkowe porcje do jednej miski wywaru.

Ale uwaga, zanim usiądziesz przy jednym z 90 miejsc w industrialnym wnętrzu, musisz podjąć ważną decyzję. Przy kasie wybierasz jedną z siedmiu grubości makaronu. Od cieniutkich nitek po szerokie pasy. To personalizacja, której rzadko doświadczamy w tradycyjnych sieciówkach.
Dlaczego influencerzy oszaleli na punkcie tego miejsca?
Zjawisko kolejek nie wzięło się znikąd. Badania rynku z przełomu 2024 i 2025 roku pokazują, że tzw. „food entertainment” (jedzenie połączone z widowiskiem) generuje o 40% wyższe zasięgi w mediach społecznościowych. Widok pary unoszącej się nad gigantycznymi kotłami i rytmiczne uderzanie ciasta o blat to idealny materiał na TikToka.
Właścicielka, Xiaoling Huang, przyznaje, że skala sukcesu ją zaskoczyła. „Myślałam, że przyjdzie znacznie mniej osób”, mówi z uśmiechem, choć teraz musi zarządzać tłumem za pomocą specjalnych beeperów, które informują o gotowym zamówieniu.
Czy to się opłaca?
Patrząc na ceny – 12,90 euro za klasyczną zupę czy 14,90 euro za kultowy makaron Biángbiáng – JWD plasuje się w segmencie affordable luxury. W przełożeniu na polskie realia, to kwoty rzędu 55-65 zł. Czy to dużo za danie, którego tradycja sięga 1986 roku, kiedy to założyciel sieci Liang Shunjian zaczął szlifować swoją technikę?
Moim zdaniem, warto zwrócić uwagę na kilka aspektów technicznych, które wyróżniają ten lokal:
- Brak rezerwacji: System rotacyjny sprawia, że kolejka porusza się szybko, co jest typowe dla azjatyckich metropolii.
- Transparentność: Otwarta kuchnia to gwarancja higieny i dowód na to, że nie dostajesz gotowca z proszku.
- Autentyczna społeczność: Duża liczba chińskich gości w lokalu to najlepsza rekomendacja. Jak mawiają znawcy – jedz tam, gdzie jedzą lokalsi (lub w tym przypadku, diaspora).
Mały life-hack dla odwiedzających
Jeśli planujecie wizytę, najlepiej pojawić się około godziny 11:30 w tygodniu. Już o 12:15 czas oczekiwania drastycznie rośnie. I pamiętajcie: nie bójcie się siorbać! W kulturze, z której wywodzi się ten makaron, siorbanie jest oznaką uznania dla kucharza i pomaga schłodzić gorące kluski, uwalniając więcej aromatu.
A Ty, ile byłbyś w stanie czekać w kolejce na idealną, gorącą miskę makaronu robionego na Twoich oczach?



