Większość turystów w Tokio trzyma się głównych ulic Shibuya czy Shinjuku, tracąc szansę na prawdziwą kulinarną przygodę. Tymczasem w bocznych uliczkach Ikebukuro, z dala od neonów, znajduje się miejsce, które przeczy logice ekonomicznej współczesnej Japonii. Za jedyne 1210 jenów (około 33 zł) można tam zjeść nielimitowany lunch, którego menu zaskoczyło nawet stałych bywalców chińskich dzielnic.
Twierdza na krańcu chińskiej dzielnicy
Miejsce nazywa się Taiyojo (Słoneczny Zamek) i znajduje się w rejonie „Heiwadori”, tuż za popularnym sklepem Don Quijote. To fascynujący kontrast: podczas gdy w Polsce ceny zestawów lunchowych w dużych miastach rzadko spadają poniżej 40-50 zł, tutaj za mniejszą kwotę otrzymujemy pełny dostęp do autentycznej kuchni Dongbei (północno-wschodnie Chiny).
Co sprawia, że to miejsce jest inne?
W przeciwieństwie do ciasnych barów w centrum, Taiyojo oferuje przestrzeń, która przypomina… salę bankietową. Ale to nie wystrój jest tu najważniejszy, lecz to, co ląduje na talerzach. Według danych z rynku gastronomicznego na rok 2025, lokale typu „tabehoudai” (jesz ile chcesz) o profilu etnicznym zyskują na popularności, ale Taiyojo stosuje strategię, której unikają sieciówki.
- Zero kompromisów pod turystów: Nie znajdziesz tu łagodnych wersji dań. Są chrząstki wieprzowe, podroby i agresywnie doprawione mięsa.
- Skala: Ponad 16 rodzajów dań gorących dostępnych od ręki.
- Autentyczność: Większość gości to ekspaci, co w świecie gastronomii jest najlepszą rekomendacją.
Skarb ukryty w bufecie: Shaokao
W połowie mojego posiłku wydarzyło się coś niespodziewanego. Kelnerka dyskretnie wyniosła na salę tacę z shaokao – tradycyjnymi chińskimi szaszłykami z grilla. W Ikebukuro shaokao to zazwyczaj danie wieczorne, zamawiane na sztuki i dość drogie. Zobaczenie ich w bufecie za 1210 jenów było jak znalezienie bonusowego poziomu w grze.

Istnieje jednak pewien haczyk: obowiązuje limit 5 sztuk na osobę. Mimo to, szaszłyki zniknęły w mniej niż 120 sekund. Stałe bywalcy wiedzą dokładnie, kiedy taca opuszcza kuchnię. Eksperci kulinarni zauważają, że w 2024 roku tego typu „limitowane rarytasy” stają się nowym sposobem na przyciągnięcie klientów do tanich bufetów, tworząc atmosferę polowania na okazję.
Moje odkrycie: Nie tylko mięso
Choć kolejka ustawiała się po grillowane mięso, moim osobistym faworytem okazały się wieprzowe chrząstki duszone z fasolą w skórkach. Mięso było tak miękkie, że dosłownie rozpływało się w ustach, co jest rzadkością w budżetowych lokalach. Do popicia warto wybrać Luoshenhua cha – to chińska nazwa herbaty z hibiskusa. Ma ona specyficzną, aksamitną teksturę, która idealnie neutralizuje ostrość potraw.
Praktyczna wskazówka: Jeśli nie lubisz tłumów, Taiyojo jest idealne. Ze względu na swoją lokalizację na samym skraju chińskiej dzielnicy, lokal bywa zadziwiająco pusty w dni powszednie, mimo absurdalnie niskiej ceny.
W dobie szalejącej inflacji, znalezienie miejsca, które oferuje tak autentyczne doświadczenie za równowartość kilku biletów autobusowych, graniczy z cudem. Czy bylibyście gotowi zaryzykować i spróbować „agresywnych” chińskich smaków, o których nie piszą w przewodnikach, czy raczej trzymacie się sprawdzonych sushi-barów?
Dajcie znać w komentarzach, jakie jest najbardziej nietypowe miejsce, w którym jedliście bufet!



