Wyobraź sobie, że stoisz w długiej kolejce na japońskiej prowincji Oita, wokół rozpościera się widok na góry Yufu, a z wnętrza małego lokalu „Meshiya Sanji” wydobywa się zapach, który sprawia, że zapominasz o zmęczeniu. Choć większość turystów zamawia klasyczną zupę tori-soba, wtajemniczeni szepczą szefowi kuchni jedno konkretne zdanie. To, co ląduje na ich stole, nie widnieje w oficjalnym spisie dań, a mimo to stało się legendą wśród lokalnych smakoszy.
W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do tradycyjnego ramenu w dużych miastach jak Warszawa czy Wrocław, gdzie miska potrafi kosztować od 45 do 60 zł. Jednak w małych, rodzinnych lokalach w Japonii, takich jak Sanji w Shonai-cho, serce kuchni bije inaczej. Tutaj liczy się technika ekstrakcji umami, o której wielu szefów kuchni w Europie może tylko pomarzyć.
Sekret tkwi w „korzeniu” – dlaczego te kluski są aż tak śliskie?
Kiedy Mao, stała bywalczyni „Klubu Miłośniczek Ramenu”, zamówiła flagowe konbusui tsukesoba, największe zdziwienie wywołała nie sama wielkość porcji, ale konsystencja bulionu. Badania nad algami wykazują, że to właśnie u nasady wodorostów kombu znajduje się najwyższe stężenie kwasu glutaminowego oraz cennych minerałów i błonnika.
- Ekstrakt jest pozyskiwany z dolnych partii kombu, co nadaje mu unikalną lepkość.
- Ta naturalna powłoka „otula” prosty, sprężysty makaron, sprawiając, że każdy kęs smakuje tak samo intensywnie.
- Zupa podawana jest z dodatkiem Oita Kanmuri-dori – lokalnej odmiany kurczaka premium, która nadaje wywarowi mięsistą głębię.
Co ciekawe, około 82% klientów przyznaje, że największe wrażenie robi na nich dodatek: ogromne tempura z łopianu (gobo-ten). Rozmiarem dorównuje ono twarzy dorosłej osoby, a jego chrupkość to kontrast dla delikatnego makaronu, który po prostu trzeba poczuć osobiście.

Ura-menu: Danie, o które musisz zapytać sam
Ale to Shuko, nowa członkini grupy, odkryła prawdziwą perłę. Właściciel restauracji, pan Masaru Kubota, widząc jej niezdecydowanie, zaproponował słynne ura-menu (ukryte menu). To specjalna wersja tsukemenu oparta na bazie gęstego, kremowego tori-paitan.
Zasada działania „ukrytego dania” jest prosta: nie szukaj go na tablicy. Musisz zapytać obsługę. Czym różni się od standardu? Przede wszystkim pikantną pastą karami, którą dodaje się samodzielnie, dawkując ostrość według własnych preferencji. W dobie personalizacji żywności – trendu, który według prognoz branżowych na lata 2025-2026 będzie dominował w gastronomii – takie podejście przyciąga tłumy szukające czegoś „tylko dla nich”.
3 wskazówki dla planujących wizytę w Japonii (lub dobrym ramen-ya w Polsce)
Niezależnie od tego, czy planujesz podróż do prefektury Oita, czy szukasz autentycznych doznań u nas, skorzystaj z doświadczenia ekspertów:
- Czas to wszystko: W „Sanji” bulion kończy się często przed 15:00. Jeśli lokal w Twoim mieście twierdzi, że ma świeży bulion o 21:00, zapytaj, jak długo go gotowali. Najlepsze wywary drobiowe potrzebują od 8 do 12 godzin.
- Temperatura ma znaczenie: W tsukemenie makaron jest zimny, a sos gorący. To termiczny szok dla podniebienia, który uwydatnia słodycz pszenicy.
- Mięso „horo-horo”: Tak eksperci określają strukturę mięsa (chashu), które rozpada się pod naciskiem pałeczek. W Sanji wieprzowina jest tak delikatna, że niemal rozpływa się w ustach.
Czy warto stać w kolejce?
W dzisiejszych czasach, gdy ponad 65% z nas wybiera restauracje na podstawie opinii w mediach społecznościowych, „Sanji” broni się autentycznością. Nie znajdziesz tu neonów ani głośnej muzyki. Znajdziesz za to 30 miejsc parkingowych, które w weekendy są wiecznie zajęte, i szefa kuchni, który uśmiecha się porozumiewawczo, podając Ci miskę, której formalnie nie powinno być w karcie.
Wizyta tam to nie tylko jedzenie, to udział w pewnym rytuale. Czy zdarzyło Wam się kiedyś w Polsce trafić do miejsca, gdzie „spod lady” serwowano coś lepszego niż oficjalne hity z menu? Dajcie znać w komentarzach!



