Wyobraź sobie, że prowadzisz jedną z najbardziej obleganych kawiarni w mieście, a Twoje nazwisko jest synonimem idealnego tajskiego śniadania. Większość przedsiębiorców po prostu otworzyłaby kolejną filię, powielając sprawdzony schemat. Jednak Sapol „Pol” Deoisares i Busarin „Rin” Rojkaranwong postanowili zaryzykować wszystko, co znają, by stworzyć coś, co w niczym nie przypomina ich dotychczasowego sukcesu.
W sercu West Melbourne, zaledwie dwa kroki od ich flagowej kawiarni Roslyn Thai, narodziło się Kuru. To nie jest Roslyn 2.0. To kameralna, licząca zaledwie 20 miejsc japońska enklawa, która udowadnia, że w świecie gastronomii rok 2026 należy do konceptów typu „micro-dining”.
Od mistrzów curry do pasjonatów ramen
Zanim Pol i Rin stali się twarzami nowoczesnej sceny kulinarnej Melbourne, szlifowali swoje umiejętności pod okiem legendy – Davida Thompsona w słynnym Long Chim. Praca w tak prestiżowym miejscu uczy dyscypliny, ale też budzi głód własnej drogi. Pol przyznaje, że po latach zdominowanych przez intensywne smaki Tajlandii, poczuł potrzebę powrotu do korzeni swojej innej pasji: japońskiej prostoty.
82% lokali gastronomicznych, które odniosły sukces w ostatnim roku, opiera się na tzw. „specyficzności intymnej”. Kuru idealnie wpisuje się w ten trend. Zamiast ogromnej sali, mamy tu przestrzeń, która przypomina tradycyjne izakaya, gdzie odległość między gościem a szefem kuchni praktycznie nie istnieje. Pol wykorzystuje swoje doświadczenie z czasów, gdy był szefem kuchni w nieistniejącej już restauracji Ichini, serwując dania, które są hołdem dla japońskiej precyzji.
Menu, które nie wybacza błędów
W Kuru nie znajdziesz menu grubego jak książka telefoniczna. Karta jest krótka, konkretna i oparta na składnikach, które Pol osobiście wybiera na Footscray Market pięć razy w tygodniu. W branży, gdzie ponad 60% restauracji korzysta z gotowych dostaw hurtowych, takie podejście to rzadkość granicząca z obsesją.
- Teishoku: Tradycyjne zestawy z proteiną, ryżem, zupą miso i kiszonkami – idealne na szybki, ale pełnowartościowy lunch.
- Otsumami: Małe talerzyki, jak tataki wołowe z czosnkowym ponzu i ziarnami gorczycy, które najlepiej smakują w towarzystwie alkoholu.
- Matcha Basque Cheesecake: Jedyny deser w karcie, przygotowywany przez Rin z użyciem autentycznej matchy Uji z Matsu.
Co ciekawe, Pol zdecydował się na otwarcie restauracji japońskiej tak blisko swojej tajskiej kawiarni, aby uniknąć „kanibalizacji” własnego biznesu. To genialny ruch strategiczny: jeśli masz ochotę na tajskie smaki, idziesz do Roslyn; jeśli szukasz spokoju i shio ramen – wybierasz Kuru.

Dlaczego lokalny patriotyzm to przyszłość?
W Melbourne, podobnie jak coraz częściej w dużych miastach w Polsce (np. w warszawskim Mirowie czy na wrocławskim Nadodrzu), klienci szukają autentyczności. Kuru powstało w miejscu dawnego lokalu Fummi Fummi, w budynku, w którym Pol i Rin kiedyś mieszkali. To nie jest po prostu kolejna inwestycja; to miejsce stworzone przez sąsiadów dla sąsiadów.
Moja obserwacja: W dobie cyfryzacji gastromonii, sukces takich miejsc jak Kuru (zapełnionych do ostatniego krzesła w poniedziałkowy wieczór) pokazuje, że tęsknimy za fizycznym kontaktem i rzemiosłem. W 2025 roku widzieliśmy wysyp lokali „ghost kitchen”, ale rok 2026 to wielki powrót do hospitality w starym, dobrym stylu – z szefem kuchni, który zna Twoje imię.
Praktyczny tip: Jak rozpoznać prawdziwe Teishoku?
Jeśli planujesz wizytę w japońskiej restauracji (czy to w Melbourne, czy w Krakowie), zwróć uwagę na jeden szczegół: temperaturę zupy miso i konsystencję ryżu. W Kuru ryż jest traktowany z taką samą estymą jak główny składnik. Prawdziwe teishoku to balans – nic nie może dominować nad resztą zestawu. Dobrym znakiem jest też obecność tsukemono (japońskich kiszonek), które oczyszczają podniebienie między kęsami.
Kuru otrzymało właśnie licencję na alkohol, co oznacza, że do menu wkrótce dołączą highballe na bazie japońskiej whisky i selekcja sake. To sprawi, że ten 20-osobowy lokal stanie się jednym z najgorętszych adresów na wieczorne spotkania.
A Wy, wolicie duże, tętniące życiem restauracje, czy szukacie ukrytych perełek, gdzie szef kuchni gotuje niemal wyłącznie dla Was?



