Dlaczego giganci sprzedają kultowe marki lodów, mimo że jemy ich coraz więcej

Dlaczego giganci sprzedają kultowe marki lodów, mimo że jemy ich coraz więcej

Kiedy termometry za oknem pokazują coraz wyższe wartości, a sezony letnie wydłużają się w nieskończoność, decyzja o pozbyciu się biznesu lodowego wydaje się szaleństwem. Tymczasem po Unileverze, który oddał w inne ręce takie legendy jak Magnum czy Cornetto, na podobny krok zdecydowało się Nestlé. Czy to koniec ery kolorowych opakowań z zamrażarek w Żabce?

Wydawałoby się, że lody to biznes idealny na czasy globalnego ocieplenia. Statystyki z 2024 roku potwierdzają: sprzedaż w Europie wzrosła o 2%, a eksport na rynki światowe skoczył o 3,5%. Co więcej, Polacy pokochali lody zimą – dane rynkowe pokazują, że konsumpcja poza sezonem letnim w Europie Wschodniej rośnie najszybciej na całym kontynencie. Dlaczego więc Nestlé właśnie ogłosiło, że oddaje kontrolę nad markami takimi jak Maxibon, Haagen-Dazs czy kultowa Coppa del Nonno?

Wielki odwrót korporacji

W czwartek, 19 lutego, CEO Nestlé, Philipp Navratil, ogłosił plan sprzedaży 50% udziałów w Froneri – gigancie produkującym lody dla szwajcarskiej korporacji. Mówimy o segmencie, który generuje 5 miliardów euro przychodów i zatrudnia 12 tysięcy osób na całym świecie. To nie jest ruch wykonany pod wpływem chwili. To chłodna kalkulacja, która wynika z drastycznych zmian w naszych gustach.

Zauważyłem, że liczby, którymi chwalą się firmy w raportach rocznych, bywają złudne. Choć ogólna sprzedaż rośnie, dzieje się to głównie dzięki rynkom wschodzącym. W krajach, które dyktują trendy kulinarne, sytuacja wygląda co najmniej niepokojąco dla przemysłu:

  • We Francji sprzedaż lodów konfekcjonowanych spadła o 9%.
  • Włoski rynek skurczył się o 6,2%.
  • W Hiszpanii odnotowano spadek o 5,5%.

Paradoks hipstera, czyli dlaczego wstydzimy się patyczka

Peter Bieri, znany pod pseudonimem Pascal Mercier, już lata temu zauważył w Berlinie coś, co dziś jest rynkowym faktem. Ulice miast wypełniły się ludźmi w flanelowych koszulach, którzy wolą stać w 20-minutowej kolejce po „rzemieślniczą” gałkę o smaku bazylii z cytryną, niż sięgnąć po gotowy rożek z lodówki. Globalizm przestał być modny.

Współczesny konsument, szczególnie ten z pokolenia Millennialsów i Gen Z, postrzega lody przemysłowe jako coś „taniego” w sensie emocjonalnym, nawet jeśli cena za sztukę w Polsce dobija już do 7-9 zł. W modzie jest lokalność, autentyczność i tzw. clean label. Lody z fabryki, pełne stabilizatorów potrzebnych do transportu, przegrywają z narracją o „mleku od szczęśliwej krowy”.

Czy rzemieślnicze lody są faktycznie lepsze?

Tu pojawia się ciekawy niuans. Badania rynku spożywczego z 2025 roku wskazują, że blisko 40% lodów sprzedawanych jako „rzemieślnicze” w rzeczywistości powstaje z gotowych baz przemysłowych. Klient kupuje jednak nie skład, a doświadczenie – papierowy kubeczek, drewnianą szpatułkę i poczucie wspierania lokalnego biznesu.

Dla Nestlé i Unilevera utrzymywanie ogromnej logistyki chłodniczej (uważanej za jeden z najtrudniejszych łańcuchów dostaw) staje się nieopłacalne, gdy marże są zjadane przez rosnące ceny energii i spadający prestiż marki w oczach mieszkańców bogatych metropolii.

Co to oznacza dla naszych portfeli w Polsce?

Polska jest obecnie jednym z największych placów zabaw dla lodowych gigantów. Podczas gdy Zachód odwraca się od „gotowców”, u nas marki takie jak Koral czy Grycan (który umiejętnie łączy masowość z rzemieślniczym wizerunkiem) wciąż trzymają się mocno. Jednak ruchy Nestlé sugerują, że czekają nas zmiany:

  • Większa konsolidacja: Marki będą przejmowane przez fundusze inwestycyjne (jak PAI Partners), które skupią się na maksymalnym cięciu kosztów.
  • Premiumizacja: Z półek mogą zniknąć tanie lody wodne, a ich miejsce zajmą produkty „prozdrowotne” – z wyższą zawartością białka lub bez cukru.
  • Koniec ery zamrażarek: Giganci coraz częściej będą outsource’ować dystrybucję, co może oznaczać mniejszą dostępność konkretnych marek w małych sklepach osiedlowych.

Lody jako „wolność i socjalizm”

Bieri pisał, że lody przemysłowe były kiedyś symbolem demokracji – produktem, na który stać było każdego i który smakował wszędzie tak samo dobrze. Dziś wybór loda stał się deklaracją światopoglądową. Wybierając wegańską gałkę w lokalnej lodziarni za 15 zł, uciekamy od wielkich korporacji, nawet jeśli cena jest, jak to ujął filozof, „nieproporcjonalnie wysoka”.

Czy Nestlé robi błąd? Historia biznesu uczy, że wielcy wychodzą z rynku tuż przed tym, jak bańka pęka. Może nasyciliśmy się już lodami „rzemieślniczymi” i za chwilę zatęsknimy za przewidywalnym smakiem Maxibona z dzieciństwa? A Państwo jak sądzą – czy za 5 lat wciąż będziemy kupować lody w supermarketach, czy całkowicie przeniesiemy się do rzemieślniczych butików?

Dajcie znać w komentarzach, po jakie lody najczęściej sięgacie w tym sezonie!

Przewijanie do góry