Dlaczego ta ryba musi płynąć 160 km/h, aby przeżyć

Dlaczego ta ryba musi płynąć 160 km/h, aby przeżyć

Wyobraź sobie stworzenie, które nigdy nie zaznało chwili spokoju. Od momentu narodzin do ostatniego tchnienia pędzi przez ocean z prędkością, której nie powstydziłoby się auto na autostradzie A1. Gdyby się zatrzymało, po prostu przestałoby oddychać.

To nie jest scenariusz filmu science-fiction, ale codzienność tuńczyka błękitnopłetwego. Ta ryba jest biologicznym fenomenem, który fascynuje naukowców i smakoszy na całym świecie, osiągając na aukcjach ceny przekraczające wartość luksusowych apartamentów w Warszawie.

Tragedia wpisana w geny

Historia tuńczyka przypomina legendy o mitycznych wierzchowcach. Aleksander Wielki miał swojego Bucefała, który padł po latach nieustannej walki. Chiński dowódca Xiang Yu posiadał karego rumaka Ochu, który rzucił się do rzeki, nie chcąc służyć nikomu innemu po śmierci pana. Tuńczyk ma w sobie coś z obu tych historii – niezłomność i tragizm.

Dlaczego tuńczyk nigdy nie śpi w taki sposób, jak my? Ponieważ jest tak zwanym „obligatoryjnym wentylatorem taranowym”. Oznacza to, że nie potrafi samodzielnie pompować wody przez skrzela. Musi płynąć z otwartym pyszczkiem, aby tlen zawarty w wodzie obmywał jego narządy oddechowe. Zatrzymanie się oznacza uduszenie.

Prędkość, która przeraża

W wodzie tuńczyk jest absolutnym królem dynamiki. Według badań biologów morskich, niektóre osobniki potrafią osiągnąć prędkość do 160 km/h w krótkich zrywach. To szybciej niż polski pociąg Pendolino na wielu odcinkach tras! Nawet podczas snu, ich ciało porusza się automatycznie, dryfując w głębinach oceanu.

  • Rozmiar: Okazy z Północnego Atlantyku osiągają 3 metry długości.
  • Waga: Rekordowe sztuki ważą ponad 600 kg.
  • Cena: Na japońskich aukcjach pojedyncza ryba potrafi kosztować od 1 do 2 milionów dolarów.

Dlaczego ta ryba musi płynąć 160 km/h, aby przeżyć - image 1

Paradoks talerza i globalnych regulacji

Jako dziennikarz często śledzę absurdalne sytuacje na styku natury i gospodarki. W ubiegłym roku u wybrzeży Korei Południowej doszło do incydentu, który wstrząsnął lokalną opinią publiczną. W sieci wpadło jednocześnie ponad 1300 ogromnych tuńczyków. Ich rynkowa wartość? Ponad 10 milionów złotych.

Zamiast jednak trafić na stoły do najlepszych restauracji sushi, wszystkie ryby zostały zutylizowane i przerobione na paszę. Powód? Rygorystyczne limity połowowe narzucone przez międzynarodowe konwencje. To smutny paradoks: ryba, która walczyła o każdy oddech przez całe życie, kończy jako nawóz, bo biurokracja nie przewidziała tak dużego ławicy w tym konkretnym regionie.

Czy w Polsce zjemy prawdziwego tuńczyka?

W polskich restauracjach często spotykamy wersje „budżetowe”. To, co widzimy w popularnych zestawach sushi za 30-40 zł, to zazwyczaj tuńczyk żółtopłetwy lub marlin. Jeśli jednak chcesz poczuć smak prawdziwego Kuro Maguro (tuńczyka błękitnopłetwego), musisz przygotować się na wydatek rzędu 150-300 zł za kilka kawałków tłustego brzucha, zwanego otoro.

Ciekawostka: Ze względu na ocieplanie się oceanów, trasy migracji ryb drastycznie się zmieniają. Eksperci zauważają, że tuńczyki pojawiają się coraz częściej w miejscach, gdzie wcześniej ich nie było, co zmusza rządy do szybkiej aktualizacji przepisów chroniących ten gatunek.

Lifehack dla smakoszy: Jak rozpoznać jakość?

Kiedy zamawiasz tuńczyka, zwróć uwagę na kolor i strukturę. Prawdziwy, wysokiej klasy tuńczyk nie powinien być jaskrawoczerwony (to często efekt traktowania tlenkiem węgla). Szukaj głębokiego, bordowego koloru lub – w przypadku tłustych partii – delikatnego, marmurkowego różu, który przypomina wołowinę wagyu. Im mniej „rybny” zapach, tym świeższy towar.

A Ty? Czy wiedząc, jak wielki wysiłek wkłada ta ryba w każdą sekundę swojego istnienia, patrzysz na kawałek sushi w ten sam sposób? Daj znać w komentarzach, czy uważasz limity połowowe za konieczność, czy może za marnotrawstwo natury.

Przewijanie do góry