Wyobraź sobie restaurację, w której wchodzisz, siadasz i… nie dostajesz karty dań. Nie wybierasz przystawki, nie decydujesz o stopniu wysmażenia mięsa. Kelner po prostu stawia przed Tobą tacę z tym, co akurat dzisiaj ugotowano. W świecie zdominowanym przez personalizację i algorytmy, takie podejście wydaje się szaleństwem, prawda? A jednak, Đặng Văn Hải, założyciel sieci lokali „Cơm Bao Cấp”, udowodnił, że właśnie tego najbardziej nam teraz brakuje.
W dzisiejszej Polsce coraz częściej szukamy autentyczności. Według raportów trendów konsumenckich na lata 2025-2026, aż 68% młodych dorosłych deklaruje, że woli miejsca z „duszą” niż sterylne, nowoczesne sieciówki. Chcemy historii, a nie tylko kalorii. Historia, którą opowiada Hải, przenosi nas do Wietnamu z lat 1976-1986 – mroźnego ideologicznie, ale gorącego ludzką życzliwością okresu racjonowania żywności.
Smak, którego nie da się kupić za pieniądze
Kiedy odwiedziłem jedną z takich restauracji w Da Nang, zaskoczyło mnie coś, co rzadko spotyka się w nowoczesnej gastronomii: cisza połączona z nostalgią. Nie było tam głośnej muzyki, tylko brzęk aluminiowych łyżek o emaliowane miski. To nie jest „fine dining”. To powrót do czasów, gdy jedzenie było luksusem, a wspólny posiłek – świętością.
Co znajdziemy na talerzu? To, co proste i szczere:
- Ryż mieszany z batatami lub kukurydzą – kiedyś sposób na oszukanie głodu, dziś rarytas pełen błonnika.
- Thịt kho – duszona wieprzowina, przygotowywana według receptur matek i babć z Huế.
- Warzywa z dipem mắm nêm – fermentowany sos, który dla Europejczyka jest wyzwaniem, a dla Wietnamczyka zapachem domu.
Warto zauważyć, że w Polsce również mamy podobny trend „comfort food” z czasów PRL. bary mleczne przeżywają renesans, a cena za zestaw obiadowy oscylująca w granicach 25-30 zł przypomina nam, że dobre jedzenie nie musi kosztować fortuny. W systemie „Bao Cấp” we Wietnamie posiłek to koszt rzędu kilkudziesięciu tysięcy dongów, co sprawia, że jest on dostępny dla każdego – od studenta po emeryta.

Budowanie więzi zamiast wybierania dań
Wielu moich znajomych pyta: „Ale jak to, nie mogę wybrać?” No właśnie, to jest klucz. Brak wyboru paradoksalnie daje nam wolność od decyzyjnego zmęczenia. Psychologia nazywa to „paradoksem wyboru” – im więcej mamy opcji, tym mniej jesteśmy zadowoleni z końcowego efektu. Hải zauważył, że kiedy wszyscy jedzą to samo, znikają bariery. Ludzie zaczynają ze sobą rozmawiać.
„W tamtych latach jedzenie mogło nie być sycące, ale każdy posiłek był ciepły ludzkim ciepłem” – mówi Hải. I to nie są tylko sentymentalne bzdury. Eksperci z dziedziny socjologii jedzenia zauważają, że wspólne menu buduje poczucie wspólnoty, którego brakuje w epoce smartfonów przy stole.
Jak stworzyć taką atmosferę w domu?
Zamiast pytać każdego domownika, na co ma ochotę (co zazwyczaj kończy się trzema różnymi daniami), wypróbuj ten „bao cấp” hack:
- Dzień jednego dania: Raz w tygodniu przygotuj duży garnek tradycyjnej potrawy (np. polskie kopytka czy gulasz) i podaj go na środek stołu w jednej misie.
- Detoks od elektroniki: W lokalu u Hảia nikt nie patrzy w telefon, bo wystrój z bambusa i gliny sprawia, że patrzysz na drugiego człowieka. Wprowadź zasadę „koszyka na telefony” podczas obiadów.
Dlaczego wracamy do przeszłości?
To, co robi Hải, to nie tylko biznes. To lekcja historii podana na talerzu. Jego restauracja w Da Nang o powierzchni 250 m² została zbudowana ręcznie z gliny i strzechy. To rzadkość w świecie betonu i szkła. Badania rynku nieruchomości z 2025 roku wskazują, że wykorzystanie ekologicznych i tradycyjnych materiałów podnosi wartość sentymentalną miejsca o ponad 40% w oczach klientów.
Być może sukces tych miejsc wynika z prostego faktu: im dalej idziemy w przyszłość, tym silniejszą czujemy potrzebę kontaktu z korzeniami. Nie chodzi o wychwalanie biedy, ale o docenienie drogi, jaką przeszliśmy. Od racjonowanego ryżu do sushi na wynos – ta droga definiuje kim jesteśmy.
Czy bylibyście gotowi zrezygnować z wyboru menu na rzecz obiadu-niespodzianki, wiedząc, że smakuje on „jak u mamy”, a przy stole siedzą ludzie, z którymi faktycznie warto porozmawiać?



