Planujesz poranną wyprawę po meble połączoną z tanim omletem i kawą? Możesz się mocno zdziwić. Choć szwedzki gigant przyzwyczaił nas do budżetowych posiłków, w niektórych miastach klamka już zapadła i restauracje otwierają się dopiero w porze lunchu.
Decyzja o wycofaniu oferty śniadaniowej w takich miejscach jak Hamburg-Altona czy Bremerhaven wywołała falę komentarzy w mediach społecznościowych. Oficjalny powód? Zmiana nawyków konsumentów. Okazuje się, że ponad 60% klientów w tych lokalizacjach omija poranne menu, pojawiając się w sklepie dopiero po godzinie 12:00. Sprawdziłem, jak ta rewolucja wygląda w Berlinie i czy mieszkańcy stolicy oraz odwiedzający ją turyści z Polski mają powody do obaw.
Berlin trzyma gardę: Gdzie wciąż zjesz „Äggfrukost”?
Dobra wiadomość jest taka, że Berlin na razie opiera się trendowi likwidacji śniadań. W przeciwieństwie do Hamburga, berlińskie filie wciąż tętnią życiem od godziny 10:00 rano. Jednak zauważyłem pewien niuans: nie każda lokalizacja oferuje to samo bogactwo menu. Jeśli zależy Ci na pełnym wyborze, musisz wiedzieć, gdzie zaparkować.
W lokalizacjach Berlin-Waltersdorf, Spandau oraz Tempelhof, sytuacja wygląda stabilnie. Restauracje startują o 10:00 i serwują pełną kartę śniadaniową. Co ciekawe, mimo inflacji, ceny wciąż wydają się być zamrożone w czasie, co przyciąga nie tylko kupujących szafy, ale i osoby szukające najtańszego posiłku w mieście.
- Jajko na twardo: symboliczne 1 Euro.
- Croissant z masłem i dżemem: 1,50 Euro.
- Puszyste naleśniki z miodem: 2,50 Euro (ulubieniec rodzin z dziećmi).
Pułapka w Lichtenbergu: O tym warto pamiętać
Podczas mojej analizy oferty w Berlin-Lichtenberg (Landsberger Allee 364) zauważyłem, że menu jest tam nieco uboższe. Choć ceny pozostają bez zmian, wybór talerzy jest ograniczony. Brakuje tam niektórych rozbudowanych opcji mięsnych, które znajdziemy w Waltersdorf czy Spandau.

Ciekawostka: W Niemczech Ikea coraz silniej promuje „Plantfrukost”, czyli roślinną alternatywę za 2,50 Euro (kulki z białka grochu, czerwony hummus i świeża sałata). To odpowiedź na globalny trend – badania rynkowe z 2024 roku wskazują, że co trzeci klient Ikei w Europie Zachodniej wybiera opcje wegetariańskie, gdy są one dostępne w atrakcyjnej cenie.
Ile zapłacisz za najdroższy zestaw?
Nawet „na bogato” w Ikei wciąż jest taniej niż w przeciętnej kawiarni w centrum Berlina. Najdroższa pozycja w menu, czyli talerz „Korvfrukost” (pieczeń, salami, szynka surowa, serek i dwie bułki), kosztuje zaledwie 4,95 Euro. W przeliczeniu na złotówki to około 21-22 zł – kwota, za którą w Warszawie czy Berlinie trudno dziś o pełnowartościowy posiłek na mieście.
Czy to początek końca taniego jedzenia?
W branży retail mówi się szeptem, że Ikea testuje cierpliwość klientów. Likwidacja śniadań w Hamburgu to poligon doświadczalny. Jeśli Berlin również zanotuje spadek zainteresowania porannymi wizytami, model biznesowy „tanie śniadanie jako magnes” może przejść do historii. Eksperci ds. handlu detalicznego zauważają, że w 2025 roku kluczowa staje się optymalizacja kosztów pracy personelu rano, kiedy ruch jest najmniejszy.
W moim odczuciu Ikea zmienia się z „miejsca na tanie jedzenie” w „miejsce zrównoważonego wyboru”. Coraz więcej miejsca w menu zajmują produkty eko, a tradycyjne, ciężkie śniadania z boczkiem (Äggfrukost za 3,95 Euro) powoli ustępują miejsca lżejszym propozycjom.
Lifehack dla sprytnych doradców
Jeśli planujesz wizytę w berlińskiej Ikei, pamiętaj o jednej zasadzie: kawa dla posiadaczy karty Ikea Family często jest darmowa (lub w symbolicznej cenie), ale zazwyczaj dopiero od poniedziałku do piątku. W weekendy restauracje są oblegane przez lokalne rodziny, co zamienia spokojne śniadanie w walkę o stolik. Najlepiej pojawić się dokładnie o 10:00 w tygodniu – wtedy poczujesz ten autentyczny, szwedzki spokój przed wielkimi zakupami.
A Wy co sądzicie o tych zmianach? Czy brak taniego śniadania sprawiłby, że rzadziej odwiedzalibyście sklepy meblowe, czy jedzenie to dla Was tylko miły, ale mało istotny dodatek?



